W
Polsce wyszczególnienie serialu medycznego jako podtypu serialu telewizyjnego
może nieco dziwić, tymczasem w Ameryce stanowi on autonomiczny gatunek, który
swoją historią czy oglądalnością wcale nie ustępuje pozostałym. Taki serial,
jak łatwo wydedukować, rozgrywa się przede wszystkim w przestrzeni szpitalnej,
zaś jego niezmiennymi z odcinka na odcinek bohaterami są oczywiście lekarze.
Patrząc na niesłabnącą popularność serialu medycznego, można śmiało stwierdzić,
iż szpital, sam w sobie, stanowi niewyczerpane źródło wątków. Dodatkowo,
przedstawienie wciąż elitarnej profesji lekarza, dodaje telewizji prestiżu i
buduje jej wizerunek jako instytucji zaangażowanej i wrażliwej na ludzkie
problemy.
Pierwsze
seriale medyczne, takie jak Medic czy Emergency Ward, pojawiły się w latach
pięćdziesiątych. Miały one charakter dydaktyczno- legitymizujący: ich zadaniem
było wzbudzić zaufanie widzów do instytucji medycznych, zachęcić ich do badań,
głosić chwałę ciągle rozwijającej się medycyny. Scenariusze powstawały w
oparciu o konsultacje ze specjalistami i pod
dyktando odpowiednich stowarzyszeń medycznych. Serial medyczny, który
dotyka przecież spraw tragicznych i przerażających, miał również za zadanie
dawać otuchę, pocieszać. Pocieszyciela – zbawiciela uosabiał nieomylny,
genialny lekarz, najczęściej biały mężczyzna (a jakże!). Telewizje już wtedy
stawiały nacisk na realizm swoich dzieł, pokazując m. in. zabiegi medyczne
(oczywiście w granicach możliwości i dobrego smaku). Aby nieco złagodzić
dramatyczny wydźwięk niektórych scen, twórcy nie bali się wygrywać
melodramatyczne arie rodem z mydlanych oper[1].
Początek
lat sześćdziesiątych wprowadził aktualną do dziś innowację: mianowicie,
zwrócono uwagę także na pacjenta, a jego choroba stawała się siła napędową
danego odcinka i niejednokrotnie pretekstem do przedstawienia jakiejś ważnej
kwestii społecznej. Pozycja lekarza-mistrza nadal pozostawała niezachwiana,
mało tego, pod jego skrzydła trafiał młody, idealistyczny adept, który w
przyszłości miał zostać jego godnym następcą. Topos uczeń – mistrz realizuje
np. jeden z ważniejszych seriali gatunku, Dr Kildare (w roli głównej ówczesny idol
Richard Chamberlain).
W czasach rewolucji seksualnej i
kontrkultury, taki model był już wyraźnie nieprzekonujący, nadmiernie trącił
paleomyszką. Formuła wymagała odświeżenia. Telewizje, nolens volens,
postanowiły sprostać wymaganiom młodego pokolenia i pójść na pewien kompromis.
Od tej chwili i senior, i junior stawali się równorzędnymi partnerami (jak
choćby w Medical Center), z czasem różnice między pracownikami się zatarły,
ważniejszy stał się zespół lekarzy, niż jeden bohater główny. Zmiany nie dotyczyły
jedynie dyskursu władzy. Upadek obyczajów sprawił, iż w medycznych
serialach pojawiły się tematy do tej pory objęte ścisłym tabu– homoseksualizm,
aborcja, choroby weneryczne, narkomania, gwałt.
Przykładem
serialu, którego twórcy pozwolili sobie na daleko idącą dezynwolturę (i
odnieśli przy tym wielki sukces), jest MASH. Z jednej strony widzimy losy
pracowników lazaretu, ich dramat życia na froncie, wszechobecność śmierci, brak
kontroli nad otoczeniem, z drugiej – elementy czarnej komedii, absurdu, co
najlepiej chyba ilustruje piosenka z czołówki pod paradoksalnym tytułem Suicide
is painless. Śmiejemy się, ale jest to raczej gogolowski śmiech przez łzy.
Następne produkcje również koncentrowały się na postaciach lekarzy, ale już bez
humorystycznej otoczki. Biorąc pod uwagę poruszane przez nie tematy, można
zaryzykować tezę, iż realizowały one swojego rodzaju nurt medyczno-moralnego
niepokoju. Produkcje takie jak Casualty czy St Elsewere poruszały kwestie
egzystencjalne: codzienne rozterki lekarzy, ich wybory, męczącą walkę z
kajdanami biurokracji i brutalnością każdego dnia. Doświadczenia tych seriali
przygotowały grunt do powstania całego stada hospital drama w połowie lat
dziewięćdziesiątych, takich jak Ostry Dyżur czy Cardio Arrest.
Popularność medycznych produkcji można wytłumaczyć wzmożoną medykalizacją, która przypadła na ostatnią dekadę XX wieku i trwa zresztą do dziś. Lekarz wrócił na piedestał autorytetu, ale już nie jako medyczny alfa i omega, a raczej jako specjalista w wąskiej dziedzinie wiedzy. Żyjemy w kulturze eksperckiej. Powszechne stały się pogadanki o potrzebie zbilansowanej diety, ćwiczeń, odpowiedniej dawki snu, coraz mniej dziwią zabiegi medycyny estetycznej etc., zdrowie zaś zostało utożsamione z kultem zdrowego ciała (o czym mówi np. serial Bez skazy). Rozpacz w obliczu śmierci czy nieuleczalnej choroby stała się czymś oswojonym, normalnym, również za sprawą telewizora. Według Susan Sontag, żyjemy w czasach permanentnej apokalipsy, która nadchodzi, ale nie następuje, i znowu nadchodzi. Apokalipsa sama w końcu staje się więc niekończącym się serialem (Sontag nawet sparafrazowała tytuł znanego filmu Apocalypse Now na Apocalypse From Now On...). Akcja w stricte medycznych serialach nabiera niespotykanego wcześniej tempa: trwa wyścig o życie bohatera, następują serie niepomyślnych zwrotów akcji. W takich produkcjach profesja lekarza to nie tylko splendor, to raczej pot, krew i łzy, odpowiedzialność za pacjenta, wyrzuty sumienia, niedobór snu, długi, konfliktu z przełożonymi i menadżerami szpitala.
Lata
90-te to również postmodernizm, nawiązania do gatunkowego dziedzictwa, jak i do
innych gatunków. Reaktywowano np. sylwetkę szlachetnego lekarza, który
wyedukowany w wielkim mieście, trafia do prowincjonalnej głuszy, gdzie musi
sobie zjednać tubylców i walczyć z zabobonem (Przystanek Alaska, Dr Quinn).
Niektóre seriale w mniejszym lub większym stopniu zbliżyły się do komedii – Doogie
Howser, Hoży doktorzy, Siostra Jackie. Wreszcie, przyswojono również czarne
gatunki – kryminał i horror. Twórcy Doktor House, na przykład, twórczo czerpią
ze schematów serialu detektywistycznego, w którym złoczyńcę zastępuje równie
podstępna choroba, dochodzeniem stają się rozmaite badania i zabiegi,
niezmienny pozostaje moment iluminacji (ok. 37 minuty), kiedy tytułowy House,
niczym Sherlock Holmes doznaje iluminację i rozwiązuje wydawać by się mogło
beznadziejną sprawę. Z kolei uznany i kontrowersyjny Duńczyk, Lars von Trier z
sukcesem wprowadził do serialu medycznego elementy grozy (dylogia Królestwo,
przyswojona później przez Amerykanów). Pojawiły się również inne produkcje tego
typu: Jam, Garth Marenghi's Place, wreszcie genialny 2 sezon American Horror
Story.
Również
w Polsce mamy produkcje, które można zaklasyfikować jako serial medyczny. W
latach 70-tych powstał miniserial Doktor Ewa, w którym młodziutka Ewa
Wiśniewska wcielała się PRL-owską Doktor Quinn. Z kolei serial Układ krążenia
zbliżył się do struktury kryminału - bohater, grany przez Edwarda Lubaszenko,
szuka prawdziwego sprawcę zbrodni (eutanazji), za którą zostaje
niesprawiedliwie posądzony. Wspominaną już metodę śmiechu przez łzy stosują
sitcomy: Szpital na perypetiach i Daleko od noszy. Szpital to z kolei kolejna
pseudodokumentalna propozycja TVN-u. Mydlana opera Na dobre i na złe już od
kilkunastu lat cieszy oko publiczności, sporą popularnością cieszą się równie
mydlani Lekarze. Czekamy jeszcze na horror. Odpowiedni temat pewnie można
znaleźć w każdym polskim szpitalu.
Wyjątkowo punktualny M.
[1]Należy
odnotować, iż w 1963 roku powstał serial General Hospital, notabene emitowany
do dzisiaj (tak, jest coś starszego i dłuższego, niż Moda na sukces!), w
którym wątki mydlano-operowe przeważyły, a szpital stał się raczej tłem i areną
kolejnych zmagań z losem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz