Motto

Motto

wtorek, 6 maja 2014

Czterdzieści minut telewizyjnych tortur

Boże, pomyślałem z rozpaczą siadając przed pustym arkuszem, nie mam pojęcia o czym mogę pisać. Nie gustuję w programach pokroju Ekipy z Warszawy i chyba nie do końca rozumiem cel jaki przyświeca twórcom. Sam nie znajduję w nich zupełnie nic interesującego. Gdy wszyscy ekscytowali się Big Brotherem na początku nowego tysiąclecia, mnie rodzice troskliwie oszczędzili podobnych rozrywek. I choć wtedy się buntowałem, bo wszyscy w podstawówce mówili o Manueli, teraz jestem im wdzięczny. Nie wiadomo, kim bym był, gdyby nie oni, a teraz przynajmniej na wyrywki znam wszystkie serie Dragon Balla.

Nie wiem, kto i dlaczego ogląda Warsaw Shore ani kto zgłasza się do programu. Kto ma aż takie parcie na szkło, by zrobić z siebie idiotę przed całym krajem (w razie czego, gdyby ktoś coś przegapił, pomocni internauci wrzucą co lepsze fragmenty na YouTube). Kto w taki sposób szuka poklasku?  Kto czuje się celebrytą, gdy pokazuje wszystkim, jak rządzą nim zwierzęce potrzeby. Nie potrafię inaczej nazwać motywacji uczestników, którzy opowiadają o rzeczach, którymi normalny człowiek nie dzieli się z innymi. Dosadna forma w jaką uczestnicy programu ubierają swoje historie również pozostawia wiele do życzenia i wzbudza pewien niesmak. Doskonałym przykładem jest Paweł (s.2, odc.3), któremu między innymi  w trakcie opowieści „pała już tak stała”. Problemy bohaterów sprowadzają się do tego, by jak najszybciej się upić i „zaliczyć” (bądź, jak mówi Anna, „podziałać”). 

Nie wiem skąd MTV wytrzasnęło ludzi i co im zaoferowało. Może żyję w jakimś idealnym świecie, ale nawet dresiarze z mojego osiedla, którzy nie skończyli gimnazjum, nie zachowują się tak jak uczestnicy Warsaw Shore. Może styl mówienia jest podobny, w wypowiadanych zdaniach dominują przekleństwa, ale da się z nimi porozmawiać na inne tematy, niż „zaliczanie” i chlanie (choć, trzeba im oddać co ich, te tematy też są popularne).

Jestem chyba w stanie zrozumieć, że tego typu programy można oglądać „dla beki”. Na potrzeby tego wpisu sam spróbowałem. Niestety, kolejne sekundy wypełniało coraz większe zażenowanie i niesmak. Ani raz się nie uśmiechnąłem. Bo Warsaw Shore bazuje na najbardziej prymitywnych instynktach, które prawdopodobnie zostawiłem za sobą w toku rodzicielskiego wychowania. Nie śmieszy mnie fakt, że Ewelina (z racji swej tuszy nazywana przez niektórych E-wędliną) wyruchała – gdyby używać terminologii stosowanej przez uczestników programu – inną dziewczynę, po to, by między ową dziewoją, a chłopakiem, który podoba się Ewelinie, do niczego nie doszło. Na drugi dzień, po śniadaniu, bohaterka odcinka kwituje całą sytuację słowami „Ja pierdolę, ej, dobra jestem” (pisownia oryginalna). Mam ochotę uderzyć się w czoło ścianą i ukryć twarz w dłoniach. Na szczęście dwie inne uczestniczki programu myślą w tym momencie na zbliżonej do mnie częstotliwości – „zobaczymy, jak będziesz przeżywać, jak puszczą to w telewizji”. No właśnie.

Czy tych ludzi naprawdę nie obchodzi nic poza dobrą, jak ją postrzegają, zabawą? Nie boją się konsekwencji swych czynów, odbioru społeczeństwa po wyjściu z programu i powrocie do domów? Nie obchodzi ich, że pewne rzeczy będą się za nimi prawdopodobnie ciągnęły jeszcze latami? Nie wiedzą co to konsekwencje? Nie zważają na opinie innych? Matki, przyszłego pracodawcy czy choćby babci? Babci, która pewnie jest dumna z wnuczki, że ta trafiła do telewizji, ale niezdającej sobie sprawy, co ta telewizja z kochaną wnuczką zrobiła? I tu rodzi się kolejne pytanie – czy to kamera zmieniła członków Ekipy z Warszawy, czy tylko wydobyła na światło dzienne ich naturalne skłonności przy babciach ukrywane?

Kolejnym wątkiem odcinka trzeciego serii drugiej jest Alan „Czyścioszek”, chyba jedyny uczestnik programu, który po sobie sprząta i myje naczynia. Takie zachowanie, według Anny, jest „bardzo seksowne” – czy dlatego, że szalenie odbiega od normy prezentowanej w programie? Ewelinie też podoba się jego zaradność, być może te niewyżyte, jak się może wydawać widzom, nieokrzesane i wulgarne dziewczęta szukają po prostu odrobiny normalności w nieodpowiednim miejscu?

Czas na żart odcinka – dwójka uczestników wyjmuje z łóżka Kuby stelaż (trudne słowo, żartownisie z programu go nie znają, wyciągają wszak spod materaca „drążki” i „te deseczki”). Gag, którego wstydziliby się Flip i Flap w wieku gimnazjalnym rozbawił wszystkich domowników, nie obyło się oczywiście do porównań nacechowanych erotycznie, zapewnianiu o „epickości” zbrodniczego czynu oraz – co pozytywnie zaskakujące – odwołań do klasyki literatury dziecięcej i A. A. Milne (choć podejrzewam, że to odwołanie przypadkowe i bazujące raczej na serialu Disneya, a nie książce).

Połowa trzeciego odcinka sezonu drugiego przynosi jeszcze żenujące akcje na basenie i bieganie w stroju Adama, wizytę w siłowni i pokaz lingwistyczny Alicji, która przez telefon rozmawiała ze swoim chłopakiem w języku Szekspira. 

Rozpoczyna się kolejna impreza i już na początku Paweł chwali się batalistycznym zwycięstwem – „Przejęliśmy parkiet, bo znowu był pusty”. Cóż, wielki wyczyn to to chyba nie jest, ale może się nie znam.

Kolejna impreza sprowadza się do tego samego, picia i szukania przedstawicieli płci przeciwnej, którzy mieliby ochotę na bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Wszystkiemu towarzyszy pełna wulgaryzmów narracja z offu. Problemu znów są te same, ten chce, tamta nie chce, albo na odwrót. Komuś oczywiście coś nie pasuje, więc w ruch znowu idą genialne pomysły E-wędliny – najpierw uwiodła dziewoję, teraz szaleje z żelazkiem w ręku atakując następną. 

Wszystko kręci się wokół alkoholu i seksu. Ogląda się to z bólem i niedowierzaniem. Przynajmniej ja nie do końca wierzę, w to, co widzę na ekranie. Po raz kolejny zastanawiam się, kim są ludzie z tego programu i czy poza nim zachowują się równie skandalicznie? Oficjalnie jestem zniesmaczony i zszokowany, jednocześnie cieszę się, że nie oglądam tego programu na co dzień i wiem, że nigdy nie zacznę. Zastanawiam się, co myślą obcokrajowcy (program został sprzedany do kilku innych krajów) o naszej kulturze, bo ta przedstawiona w programie sięgnęła dna i dalej spada. Nie wiem natomiast, co powoduje osobami, które oglądają Warsaw Shore dla przyjemności. Nie znajduję tu żadnych wartości, które miałyby mnie przyciągnąć do ekranu. Ani to prawdziwe, ani to zabawne, ani to szczególnie szokujące (mnie szokuje jedynie fakt, że ktoś się tak zachowuje, a ktoś inny może go przez to podziwiać, z pewnością istnieją przecież fani tego koszmarku). Przez większość czasu jedyny odcinek Ekipy z Warszawy jaki oglądnąłem wywoływał moje szczere zdumienie. Bo ktoś to wyprodukował, ktoś to kupił, wyemitował w telewizji. Ktoś w tym występuje i ktoś to ogląda. No właśnie – kto?

Janek bez pojęcia
marzący o pisaniu na temat Doktora Who w kontekście hybrydyzacji gatunkowej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz