Boże, pomyślałem z rozpaczą
siadając przed pustym arkuszem, nie mam pojęcia o czym mogę pisać. Nie gustuję w
programach pokroju Ekipy z Warszawy i
chyba nie do końca rozumiem cel jaki przyświeca twórcom. Sam nie znajduję w
nich zupełnie nic interesującego. Gdy wszyscy ekscytowali się Big Brotherem na początku nowego
tysiąclecia, mnie rodzice troskliwie oszczędzili podobnych rozrywek. I choć
wtedy się buntowałem, bo wszyscy w podstawówce mówili o Manueli, teraz jestem
im wdzięczny. Nie wiadomo, kim bym był, gdyby nie oni, a teraz przynajmniej na wyrywki znam wszystkie serie Dragon Balla.
Nie wiem, kto i dlaczego ogląda Warsaw Shore ani kto zgłasza się do
programu. Kto ma aż takie parcie na szkło, by zrobić z siebie idiotę przed
całym krajem (w razie czego, gdyby ktoś coś przegapił, pomocni internauci
wrzucą co lepsze fragmenty na YouTube). Kto w taki sposób szuka poklasku? Kto czuje się celebrytą, gdy pokazuje
wszystkim, jak rządzą nim zwierzęce potrzeby. Nie potrafię inaczej nazwać
motywacji uczestników, którzy opowiadają o rzeczach, którymi normalny człowiek
nie dzieli się z innymi. Dosadna forma w jaką uczestnicy programu ubierają
swoje historie również pozostawia wiele do życzenia i wzbudza pewien niesmak.
Doskonałym przykładem jest Paweł (s.2, odc.3), któremu między innymi w trakcie opowieści „pała już tak stała”. Problemy
bohaterów sprowadzają się do tego, by jak najszybciej się upić i „zaliczyć” (bądź,
jak mówi Anna, „podziałać”).
Nie wiem skąd MTV wytrzasnęło ludzi
i co im zaoferowało. Może żyję w jakimś idealnym świecie, ale nawet dresiarze z
mojego osiedla, którzy nie skończyli gimnazjum, nie zachowują się tak jak
uczestnicy Warsaw Shore. Może styl
mówienia jest podobny, w wypowiadanych zdaniach dominują przekleństwa, ale da
się z nimi porozmawiać na inne tematy, niż „zaliczanie” i chlanie (choć, trzeba
im oddać co ich, te tematy też są popularne).
Jestem chyba w stanie zrozumieć,
że tego typu programy można oglądać „dla beki”. Na potrzeby tego wpisu sam
spróbowałem. Niestety, kolejne sekundy wypełniało coraz większe zażenowanie i
niesmak. Ani raz się nie uśmiechnąłem. Bo Warsaw
Shore bazuje na najbardziej prymitywnych instynktach, które prawdopodobnie
zostawiłem za sobą w toku rodzicielskiego wychowania. Nie śmieszy mnie fakt, że
Ewelina (z racji swej tuszy nazywana przez niektórych E-wędliną) wyruchała –
gdyby używać terminologii stosowanej przez uczestników programu – inną dziewczynę,
po to, by między ową dziewoją, a chłopakiem, który podoba się Ewelinie, do
niczego nie doszło. Na drugi dzień, po śniadaniu, bohaterka odcinka kwituje
całą sytuację słowami „Ja pierdolę, ej, dobra jestem” (pisownia oryginalna).
Mam ochotę uderzyć się w czoło ścianą i ukryć twarz w dłoniach. Na szczęście dwie
inne uczestniczki programu myślą w tym momencie na zbliżonej do mnie
częstotliwości – „zobaczymy, jak będziesz przeżywać, jak puszczą to w telewizji”.
No właśnie.
Czy tych ludzi naprawdę nie
obchodzi nic poza dobrą, jak ją postrzegają, zabawą? Nie boją się konsekwencji
swych czynów, odbioru społeczeństwa po wyjściu z programu i powrocie do domów?
Nie obchodzi ich, że pewne rzeczy będą się za nimi prawdopodobnie ciągnęły
jeszcze latami? Nie wiedzą co to konsekwencje? Nie zważają na opinie innych? Matki,
przyszłego pracodawcy czy choćby babci? Babci, która pewnie jest dumna z
wnuczki, że ta trafiła do telewizji, ale niezdającej sobie sprawy, co ta
telewizja z kochaną wnuczką zrobiła? I tu rodzi się kolejne pytanie – czy to
kamera zmieniła członków Ekipy z Warszawy,
czy tylko wydobyła na światło dzienne ich naturalne skłonności przy babciach
ukrywane?
Kolejnym wątkiem odcinka
trzeciego serii drugiej jest Alan „Czyścioszek”, chyba jedyny uczestnik
programu, który po sobie sprząta i myje naczynia. Takie zachowanie, według
Anny, jest „bardzo seksowne” – czy dlatego, że szalenie odbiega od normy prezentowanej
w programie? Ewelinie też podoba się jego zaradność, być może te niewyżyte, jak
się może wydawać widzom, nieokrzesane i wulgarne dziewczęta szukają po prostu
odrobiny normalności w nieodpowiednim miejscu?
Czas na żart odcinka – dwójka uczestników
wyjmuje z łóżka Kuby stelaż (trudne słowo, żartownisie z programu go nie znają,
wyciągają wszak spod materaca „drążki” i „te deseczki”). Gag, którego wstydziliby
się Flip i Flap w wieku gimnazjalnym rozbawił wszystkich domowników, nie obyło
się oczywiście do porównań nacechowanych erotycznie, zapewnianiu o „epickości”
zbrodniczego czynu oraz – co pozytywnie zaskakujące – odwołań do klasyki
literatury dziecięcej i A. A. Milne (choć podejrzewam, że to odwołanie
przypadkowe i bazujące raczej na serialu Disneya, a nie książce).
Połowa trzeciego odcinka sezonu drugiego
przynosi jeszcze żenujące akcje na basenie i bieganie w stroju Adama, wizytę w
siłowni i pokaz lingwistyczny Alicji, która przez telefon rozmawiała ze swoim
chłopakiem w języku Szekspira.
Rozpoczyna się kolejna impreza i
już na początku Paweł chwali się batalistycznym zwycięstwem – „Przejęliśmy
parkiet, bo znowu był pusty”. Cóż, wielki wyczyn to to chyba nie jest, ale może
się nie znam.
Kolejna impreza sprowadza się do
tego samego, picia i szukania przedstawicieli płci przeciwnej, którzy mieliby
ochotę na bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Wszystkiemu towarzyszy pełna
wulgaryzmów narracja z offu. Problemu znów są te same, ten chce, tamta nie
chce, albo na odwrót. Komuś oczywiście coś nie pasuje, więc w ruch znowu idą
genialne pomysły E-wędliny – najpierw uwiodła dziewoję, teraz szaleje z
żelazkiem w ręku atakując następną.
Wszystko
kręci się wokół alkoholu i seksu. Ogląda się to z bólem i niedowierzaniem.
Przynajmniej ja nie do końca wierzę, w to, co widzę na ekranie. Po raz kolejny
zastanawiam się, kim są ludzie z tego programu i czy poza nim zachowują się
równie skandalicznie? Oficjalnie jestem zniesmaczony i zszokowany, jednocześnie
cieszę się, że nie oglądam tego programu na co dzień i wiem, że nigdy nie
zacznę. Zastanawiam się, co myślą obcokrajowcy (program został sprzedany do
kilku innych krajów) o naszej kulturze, bo ta przedstawiona w programie
sięgnęła dna i dalej spada. Nie wiem natomiast, co powoduje osobami, które
oglądają Warsaw Shore dla
przyjemności. Nie znajduję tu żadnych wartości, które miałyby mnie przyciągnąć do
ekranu. Ani to prawdziwe, ani to zabawne, ani to szczególnie szokujące (mnie
szokuje jedynie fakt, że ktoś się tak zachowuje, a ktoś inny może go przez to
podziwiać, z pewnością istnieją przecież fani tego koszmarku). Przez większość
czasu jedyny odcinek Ekipy z Warszawy
jaki oglądnąłem wywoływał moje szczere zdumienie. Bo ktoś to wyprodukował, ktoś
to kupił, wyemitował w telewizji. Ktoś w tym występuje i ktoś to ogląda. No właśnie
– kto?
Janek bez pojęcia
marzący o pisaniu na temat Doktora Who w kontekście hybrydyzacji gatunkowej
Janek bez pojęcia
marzący o pisaniu na temat Doktora Who w kontekście hybrydyzacji gatunkowej
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz