Rolnik szuka żony to format serii Farmer wants a wife, która zadebiutowała w brytyjskiej telewizji w 2001 roku. Od tamtej pory program wyświetlono w kolejnych 30 krajach, pierwszym państwem, które zrobiło format była Belgia (2004). Listę zamyka Polska, gdzie premiera specjalnego odcinka odbyła się dzisiaj w TVP1 o godzinie 20:25.
Niestety nie dotarłem do brytyjskiego oryginału, więc musiałem zadowolić się pierwszym odcinkiem szóstego sezonu edycji australijskiej, która posłuży do porównania obu telewizyjnych tekstów.
Zacznijmy od tytułu - w Polsce to raczej wierny przekład oryginalnego Farmer wants a wife, z kolei Francuzi i Kanadyjczycy oglądają Miłość na łące (L'amour est dans le pré), Niemcy mają dwie opcje - bliską oryginału Bauer sucht Frau (w RTL) oraz dalszą Land und Liebe (Ziemia i miłość?) (w NDR), z kolei w Finlandii rolnicy szukają jedynie narzeczonej (Maajussille morsian).
W edycji polskiej, podobnie jak w australijskiej poza samymi rolnikami (o których za chwilę) najważniejsza wydaje się promocja okolicy. Co chwilę usłyszymy dobre słowo o polskiej wsi, a nasze oko zostanie uraczone pięknym i malowniczym krajobrazem, zachwycającą fauną i florą. Będziemy mieli okazję zobaczyć zwierzęta jak krowy i kury w ich naturalnym środowisku, posłuchamy kojącego śpiewu ptaków i szumu "potoka". Następuje pełna nobilitacja polskiej natury, polskiej wsi - niemal jak u Mickiewicza, którego namiętnie czytuje jeden z kandydatów.
Przed zobaczeniem pierwszego odcinka obawiałem się, że przystojnych, wysportowanych młodzieńców w wyprasowanych koszulach i kowbojskich kapeluszach z zagranicznych edycji zastąpią "Polaki- cebulaki". Jest lepiej niż myślałem, choć do australijskich kandydatów, którzy wyglądają jakby z miejsca mieli wskoczyć na rozszalałego byka i go ujarzmić dla swej wybranki, naszym chłopakom nieco brakuje. Widać, że nie są to aktorzy, którzy uciekli z planu Brokeback Mountain, a zmęczeni pracą i doświadczeni przez życie mężczyźni, którzy - jak głosi slogan - mają wszystko oprócz miłości.
Skupmy się przez chwilę na kandydatach. Jest ich ośmiu (w odcinku australijskiej edycji było ich sześcioro, pięciu mężczyzn i jedna kobieta - ale nie pozbawiona kapelusza), w różnym wieku (najmłodszy 21, najstarszy 59 (!), podczas gdy australijscy amanci oscylują wokół 20-30 lat). W programie występują w naturalnym środowisku, podczas pracy, w roboczych ubraniach. Różowe, wykrochmalone koszule z Australii w Polsce zastąpiły dresy, uszatki i gumiaki. Dodaje to polskiej edycji uroku i sprawia, że wydaje się bardziej autentyczna. Podobnie sami kandydaci - czasem się pomylą, powiedzą coś "po polskiemu", mają wady - sprawiają wrażenie o wiele bardziej ludzkich, niż ich posągowe odpowiedniki w Australii. Dzięki różnym zainteresowaniom (poezja, informatyka, podróże, tworzenie sztuki nowoczesnej, kłusownictwo) dają się polubić.
Program pokazuje rolników podczas pracy, są też ujęcia "gadających głów", a narracja jest wprowadzona głównie z offu. W tym aspekcie polska edycja niczym się nie wyróżnia. Każdy się przedstawia, mówi ile ma lat, czym się interesuje, jakiej partnerki szuka (większość sprawia wrażenie, jakby chciała pozyskać nie wielką miłość a tanią siłę roboczą do pracy przy gospodarstwie ;)). Niemal każdy pokrótce opisuje swoje poprzednie, nieudane związki. Każdy kocha wieś i swoją pracę. Bo i wieś i praca są cudowne, bezsprzecznie. Początkowo chciałem opisać każdego z kandydatów, bo interesują się przeróżnymi rzeczami (jeden jest artystą i stworzył mechaniczną kobietę z różnych rupieci, która jedną pierś miała do miłości, a drugą do zabawy... Cóż, nie wnikam.) i czasem mówią zabawne rzeczy ("Estetyka w kobiecie jest istotna", "Kobieta musi mieć czym oddychać i na czym siedzieć", "Wolę kosić pszenicę niż iść na dyskotekę"), ale krótkie informacje przedstawiane przez nich samych znajdziecie w tym miejscu.
Mimo podobieństw, cała struktura programu się różni. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że dziś prezentowany odcinek był "odcinkiem specjalnym", mającym zachęcić potencjalne kandydatki do zgłaszania się "na żonę". Płci pięknej (nie licząc prezenterki, która w swym niemal imprezowym stroju mocno kontrastuje z otoczeniem, w którym przyszło jej pracować) w odcinku nie uświadczymy, ta pojawi się dopiero w pierwszym odcinku, który zostanie wyemitowany we wrześniu 2014 roku. Cały odcinek więc opiera się na prezentacji kandydatów, pokazywaniu polskiej wsi i nieustannym przypominaniu o możliwości głosowania i nawiązywania kontaktu z rolnikami. Najczęściej podawaną informacją jest adres strony internetowej (która na wstępnie atakuje nas formularzem zgłoszeniowym). Co chwila następuje przerwa w emisji, podczas której program zastępuje krótka animacja z tytułem - podobnego zabiegu nie zauważyłem w australijskiej wersji.
Polska wersja programu Farmer wants a wife pod tytułem Rolnik szuka żony nie wprowadza rewolucji. Zgrabnie natomiast przenosi format w realia naszej polskiej wsi, zachwycającej przyrodą, urzekającej śpiewem ptaków i brudzącej buty krowimi plackami. Program pokazuje, że praca rolnika nie należy do łatwych, ale jest to praca dająca satysfakcję i zarobek. Autorzy na każdym kroku zapewniają nas o niezwykłości swojskiego krajobrazu - zarówno w słowie, jak i obrazie. Nie pozostaje nic innego, jak wyczekiwać pierwszych odcinków - ciekawe czy rodzime kandydatki też znacząco będą różnić się od pań z Australii, innymi słowy, jestem ciekaw: która poleci na rolnika? Ciekawe, czy twórcy serii pójdą w stronę autentyzmu (bo po pierwszym odcinku wydaje się, że taki kierunek obrali), czy wzorem australijskich filmowców będą inicjować sztuczne spotkania na belach siana. TVP1 to telewizja z misją, miejmy nadzieję, że również przy rolnikach nie pogubi priorytetów.
J.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz