Motto

Motto

wtorek, 6 maja 2014

Czterdzieści minut telewizyjnych tortur

Boże, pomyślałem z rozpaczą siadając przed pustym arkuszem, nie mam pojęcia o czym mogę pisać. Nie gustuję w programach pokroju Ekipy z Warszawy i chyba nie do końca rozumiem cel jaki przyświeca twórcom. Sam nie znajduję w nich zupełnie nic interesującego. Gdy wszyscy ekscytowali się Big Brotherem na początku nowego tysiąclecia, mnie rodzice troskliwie oszczędzili podobnych rozrywek. I choć wtedy się buntowałem, bo wszyscy w podstawówce mówili o Manueli, teraz jestem im wdzięczny. Nie wiadomo, kim bym był, gdyby nie oni, a teraz przynajmniej na wyrywki znam wszystkie serie Dragon Balla.

Nie wiem, kto i dlaczego ogląda Warsaw Shore ani kto zgłasza się do programu. Kto ma aż takie parcie na szkło, by zrobić z siebie idiotę przed całym krajem (w razie czego, gdyby ktoś coś przegapił, pomocni internauci wrzucą co lepsze fragmenty na YouTube). Kto w taki sposób szuka poklasku?  Kto czuje się celebrytą, gdy pokazuje wszystkim, jak rządzą nim zwierzęce potrzeby. Nie potrafię inaczej nazwać motywacji uczestników, którzy opowiadają o rzeczach, którymi normalny człowiek nie dzieli się z innymi. Dosadna forma w jaką uczestnicy programu ubierają swoje historie również pozostawia wiele do życzenia i wzbudza pewien niesmak. Doskonałym przykładem jest Paweł (s.2, odc.3), któremu między innymi  w trakcie opowieści „pała już tak stała”. Problemy bohaterów sprowadzają się do tego, by jak najszybciej się upić i „zaliczyć” (bądź, jak mówi Anna, „podziałać”). 

Nie wiem skąd MTV wytrzasnęło ludzi i co im zaoferowało. Może żyję w jakimś idealnym świecie, ale nawet dresiarze z mojego osiedla, którzy nie skończyli gimnazjum, nie zachowują się tak jak uczestnicy Warsaw Shore. Może styl mówienia jest podobny, w wypowiadanych zdaniach dominują przekleństwa, ale da się z nimi porozmawiać na inne tematy, niż „zaliczanie” i chlanie (choć, trzeba im oddać co ich, te tematy też są popularne).

Jestem chyba w stanie zrozumieć, że tego typu programy można oglądać „dla beki”. Na potrzeby tego wpisu sam spróbowałem. Niestety, kolejne sekundy wypełniało coraz większe zażenowanie i niesmak. Ani raz się nie uśmiechnąłem. Bo Warsaw Shore bazuje na najbardziej prymitywnych instynktach, które prawdopodobnie zostawiłem za sobą w toku rodzicielskiego wychowania. Nie śmieszy mnie fakt, że Ewelina (z racji swej tuszy nazywana przez niektórych E-wędliną) wyruchała – gdyby używać terminologii stosowanej przez uczestników programu – inną dziewczynę, po to, by między ową dziewoją, a chłopakiem, który podoba się Ewelinie, do niczego nie doszło. Na drugi dzień, po śniadaniu, bohaterka odcinka kwituje całą sytuację słowami „Ja pierdolę, ej, dobra jestem” (pisownia oryginalna). Mam ochotę uderzyć się w czoło ścianą i ukryć twarz w dłoniach. Na szczęście dwie inne uczestniczki programu myślą w tym momencie na zbliżonej do mnie częstotliwości – „zobaczymy, jak będziesz przeżywać, jak puszczą to w telewizji”. No właśnie.

Czy tych ludzi naprawdę nie obchodzi nic poza dobrą, jak ją postrzegają, zabawą? Nie boją się konsekwencji swych czynów, odbioru społeczeństwa po wyjściu z programu i powrocie do domów? Nie obchodzi ich, że pewne rzeczy będą się za nimi prawdopodobnie ciągnęły jeszcze latami? Nie wiedzą co to konsekwencje? Nie zważają na opinie innych? Matki, przyszłego pracodawcy czy choćby babci? Babci, która pewnie jest dumna z wnuczki, że ta trafiła do telewizji, ale niezdającej sobie sprawy, co ta telewizja z kochaną wnuczką zrobiła? I tu rodzi się kolejne pytanie – czy to kamera zmieniła członków Ekipy z Warszawy, czy tylko wydobyła na światło dzienne ich naturalne skłonności przy babciach ukrywane?

Kolejnym wątkiem odcinka trzeciego serii drugiej jest Alan „Czyścioszek”, chyba jedyny uczestnik programu, który po sobie sprząta i myje naczynia. Takie zachowanie, według Anny, jest „bardzo seksowne” – czy dlatego, że szalenie odbiega od normy prezentowanej w programie? Ewelinie też podoba się jego zaradność, być może te niewyżyte, jak się może wydawać widzom, nieokrzesane i wulgarne dziewczęta szukają po prostu odrobiny normalności w nieodpowiednim miejscu?

Czas na żart odcinka – dwójka uczestników wyjmuje z łóżka Kuby stelaż (trudne słowo, żartownisie z programu go nie znają, wyciągają wszak spod materaca „drążki” i „te deseczki”). Gag, którego wstydziliby się Flip i Flap w wieku gimnazjalnym rozbawił wszystkich domowników, nie obyło się oczywiście do porównań nacechowanych erotycznie, zapewnianiu o „epickości” zbrodniczego czynu oraz – co pozytywnie zaskakujące – odwołań do klasyki literatury dziecięcej i A. A. Milne (choć podejrzewam, że to odwołanie przypadkowe i bazujące raczej na serialu Disneya, a nie książce).

Połowa trzeciego odcinka sezonu drugiego przynosi jeszcze żenujące akcje na basenie i bieganie w stroju Adama, wizytę w siłowni i pokaz lingwistyczny Alicji, która przez telefon rozmawiała ze swoim chłopakiem w języku Szekspira. 

Rozpoczyna się kolejna impreza i już na początku Paweł chwali się batalistycznym zwycięstwem – „Przejęliśmy parkiet, bo znowu był pusty”. Cóż, wielki wyczyn to to chyba nie jest, ale może się nie znam.

Kolejna impreza sprowadza się do tego samego, picia i szukania przedstawicieli płci przeciwnej, którzy mieliby ochotę na bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Wszystkiemu towarzyszy pełna wulgaryzmów narracja z offu. Problemu znów są te same, ten chce, tamta nie chce, albo na odwrót. Komuś oczywiście coś nie pasuje, więc w ruch znowu idą genialne pomysły E-wędliny – najpierw uwiodła dziewoję, teraz szaleje z żelazkiem w ręku atakując następną. 

Wszystko kręci się wokół alkoholu i seksu. Ogląda się to z bólem i niedowierzaniem. Przynajmniej ja nie do końca wierzę, w to, co widzę na ekranie. Po raz kolejny zastanawiam się, kim są ludzie z tego programu i czy poza nim zachowują się równie skandalicznie? Oficjalnie jestem zniesmaczony i zszokowany, jednocześnie cieszę się, że nie oglądam tego programu na co dzień i wiem, że nigdy nie zacznę. Zastanawiam się, co myślą obcokrajowcy (program został sprzedany do kilku innych krajów) o naszej kulturze, bo ta przedstawiona w programie sięgnęła dna i dalej spada. Nie wiem natomiast, co powoduje osobami, które oglądają Warsaw Shore dla przyjemności. Nie znajduję tu żadnych wartości, które miałyby mnie przyciągnąć do ekranu. Ani to prawdziwe, ani to zabawne, ani to szczególnie szokujące (mnie szokuje jedynie fakt, że ktoś się tak zachowuje, a ktoś inny może go przez to podziwiać, z pewnością istnieją przecież fani tego koszmarku). Przez większość czasu jedyny odcinek Ekipy z Warszawy jaki oglądnąłem wywoływał moje szczere zdumienie. Bo ktoś to wyprodukował, ktoś to kupił, wyemitował w telewizji. Ktoś w tym występuje i ktoś to ogląda. No właśnie – kto?

Janek bez pojęcia
marzący o pisaniu na temat Doktora Who w kontekście hybrydyzacji gatunkowej

wtorek, 29 kwietnia 2014

Raz na noszach, raz sześć stóp pod ziemią - prezentacja serialu medycznego (hospital drama)

W Polsce wyszczególnienie serialu medycznego jako podtypu serialu telewizyjnego może nieco dziwić, tymczasem w Ameryce stanowi on autonomiczny gatunek, który swoją historią czy oglądalnością wcale nie ustępuje pozostałym. Taki serial, jak łatwo wydedukować, rozgrywa się przede wszystkim w przestrzeni szpitalnej, zaś jego niezmiennymi z odcinka na odcinek bohaterami są oczywiście lekarze. Patrząc na niesłabnącą popularność serialu medycznego, można śmiało stwierdzić, iż szpital, sam w sobie, stanowi niewyczerpane źródło wątków. Dodatkowo, przedstawienie wciąż elitarnej profesji lekarza, dodaje telewizji prestiżu i buduje jej wizerunek jako instytucji zaangażowanej i wrażliwej na ludzkie problemy.

Pierwsze seriale medyczne, takie jak Medic czy Emergency Ward, pojawiły się w latach pięćdziesiątych. Miały one charakter dydaktyczno- legitymizujący: ich zadaniem było wzbudzić zaufanie widzów do instytucji medycznych, zachęcić ich do badań, głosić chwałę ciągle rozwijającej się medycyny. Scenariusze powstawały w oparciu o konsultacje ze specjalistami i pod  dyktando odpowiednich stowarzyszeń medycznych. Serial medyczny, który dotyka przecież spraw tragicznych i przerażających, miał również za zadanie dawać otuchę, pocieszać. Pocieszyciela – zbawiciela uosabiał nieomylny, genialny lekarz, najczęściej biały mężczyzna (a jakże!). Telewizje już wtedy stawiały nacisk na realizm swoich dzieł, pokazując m. in. zabiegi medyczne (oczywiście w granicach możliwości i dobrego smaku). Aby nieco złagodzić dramatyczny wydźwięk niektórych scen, twórcy nie bali się wygrywać melodramatyczne arie rodem z mydlanych oper[1].


Początek lat sześćdziesiątych wprowadził aktualną do dziś innowację: mianowicie, zwrócono uwagę także na pacjenta, a jego choroba stawała się siła napędową danego odcinka i niejednokrotnie pretekstem do przedstawienia jakiejś ważnej kwestii społecznej. Pozycja lekarza-mistrza nadal pozostawała niezachwiana, mało tego, pod jego skrzydła trafiał młody, idealistyczny adept, który w przyszłości miał zostać jego godnym następcą. Topos uczeń – mistrz realizuje np. jeden z ważniejszych seriali gatunku, Dr Kildare (w roli głównej ówczesny idol Richard Chamberlain).

W czasach rewolucji seksualnej i kontrkultury, taki model był już wyraźnie nieprzekonujący, nadmiernie trącił paleomyszką. Formuła wymagała odświeżenia. Telewizje, nolens volens, postanowiły sprostać wymaganiom młodego pokolenia i pójść na pewien kompromis. Od tej chwili i senior, i junior stawali się równorzędnymi partnerami (jak choćby w Medical Center), z czasem różnice między pracownikami się zatarły, ważniejszy stał się zespół lekarzy, niż jeden bohater główny. Zmiany nie dotyczyły jedynie dyskursu władzy. Upadek obyczajów sprawił, iż w medycznych serialach pojawiły się tematy do tej pory objęte ścisłym tabu– homoseksualizm, aborcja, choroby weneryczne, narkomania, gwałt.

Przykładem serialu, którego twórcy pozwolili sobie na daleko idącą dezynwolturę (i odnieśli przy tym wielki sukces), jest MASH. Z jednej strony widzimy losy pracowników lazaretu, ich dramat życia na froncie, wszechobecność śmierci, brak kontroli nad otoczeniem, z drugiej – elementy czarnej komedii, absurdu, co najlepiej chyba ilustruje piosenka z czołówki pod paradoksalnym tytułem Suicide is painless. Śmiejemy się, ale jest to raczej gogolowski śmiech przez łzy. Następne produkcje również koncentrowały się na postaciach lekarzy, ale już bez humorystycznej otoczki. Biorąc pod uwagę poruszane przez nie tematy, można zaryzykować tezę, iż realizowały one swojego rodzaju nurt medyczno-moralnego niepokoju. Produkcje takie jak Casualty czy St Elsewere poruszały kwestie egzystencjalne: codzienne rozterki lekarzy, ich wybory, męczącą walkę z kajdanami biurokracji i brutalnością każdego dnia. Doświadczenia tych seriali przygotowały grunt do powstania całego stada hospital drama w połowie lat dziewięćdziesiątych, takich jak Ostry Dyżur czy Cardio Arrest


Popularność medycznych produkcji można wytłumaczyć wzmożoną medykalizacją, która przypadła na ostatnią dekadę XX wieku i trwa zresztą do dziś. Lekarz wrócił na piedestał autorytetu, ale już nie jako medyczny alfa i omega, a raczej jako specjalista w wąskiej dziedzinie wiedzy. Żyjemy w kulturze eksperckiej. Powszechne stały się pogadanki o potrzebie zbilansowanej diety, ćwiczeń, odpowiedniej dawki snu, coraz mniej dziwią zabiegi medycyny estetycznej etc., zdrowie zaś zostało utożsamione z kultem zdrowego ciała (o czym mówi np. serial Bez skazy). Rozpacz w obliczu śmierci czy nieuleczalnej choroby stała się czymś oswojonym, normalnym, również za sprawą telewizora. Według Susan Sontag, żyjemy w czasach permanentnej apokalipsy, która nadchodzi, ale nie następuje, i znowu nadchodzi.  Apokalipsa sama w końcu staje się więc niekończącym się serialem (Sontag nawet sparafrazowała tytuł znanego filmu Apocalypse Now na Apocalypse From Now On...). Akcja w stricte medycznych serialach nabiera niespotykanego wcześniej tempa: trwa wyścig o życie bohatera, następują serie niepomyślnych zwrotów akcji. W takich produkcjach profesja lekarza to nie tylko splendor, to raczej pot, krew i łzy,  odpowiedzialność za pacjenta, wyrzuty sumienia, niedobór snu, długi, konfliktu z przełożonymi i menadżerami szpitala. 

Lata 90-te to również postmodernizm, nawiązania do gatunkowego dziedzictwa, jak i do innych gatunków. Reaktywowano np. sylwetkę szlachetnego lekarza, który wyedukowany w wielkim mieście, trafia do prowincjonalnej głuszy, gdzie musi sobie zjednać tubylców i walczyć z zabobonem (Przystanek Alaska, Dr Quinn). Niektóre seriale w mniejszym lub większym stopniu zbliżyły się do komedii – Doogie Howser, Hoży doktorzy, Siostra Jackie. Wreszcie, przyswojono również czarne gatunki – kryminał i horror. Twórcy Doktor House, na przykład, twórczo czerpią ze schematów serialu detektywistycznego, w którym złoczyńcę zastępuje równie podstępna choroba, dochodzeniem stają się rozmaite badania i zabiegi, niezmienny pozostaje moment iluminacji (ok. 37 minuty), kiedy tytułowy House, niczym Sherlock Holmes doznaje iluminację i rozwiązuje wydawać by się mogło beznadziejną sprawę. Z kolei uznany i kontrowersyjny Duńczyk, Lars von Trier z sukcesem wprowadził do serialu medycznego elementy grozy (dylogia Królestwo, przyswojona później przez Amerykanów). Pojawiły się również inne produkcje tego typu: Jam, Garth Marenghi's Place, wreszcie genialny 2 sezon American Horror Story.


Również w Polsce mamy produkcje, które można zaklasyfikować jako serial medyczny. W latach 70-tych powstał miniserial Doktor Ewa, w którym młodziutka Ewa Wiśniewska wcielała się PRL-owską Doktor Quinn. Z kolei serial Układ krążenia zbliżył się do struktury kryminału - bohater, grany przez Edwarda Lubaszenko, szuka prawdziwego sprawcę zbrodni (eutanazji), za którą zostaje niesprawiedliwie posądzony. Wspominaną już metodę śmiechu przez łzy stosują sitcomy: Szpital na perypetiach i Daleko od noszy. Szpital to z kolei kolejna pseudodokumentalna propozycja TVN-u. Mydlana opera Na dobre i na złe już od kilkunastu lat cieszy oko publiczności, sporą popularnością cieszą się równie mydlani Lekarze. Czekamy jeszcze na horror. Odpowiedni temat pewnie można znaleźć w każdym polskim szpitalu.

prezentacja
http://prezi.com/d8xkfcmlkyfl/?utm_campaign=share&utm_medium=copy 

Wyjątkowo punktualny M.


[1]Należy odnotować, iż w 1963 roku powstał serial General Hospital, notabene emitowany do dzisiaj (tak, jest coś starszego i dłuższego, niż Moda na sukces!), w którym wątki mydlano-operowe przeważyły, a szpital stał się raczej tłem i areną kolejnych zmagań z losem

środa, 23 kwietnia 2014

Duma i uprzedzenia - analiza Project Runway oraz innych reality shows w świetle teorii dyskursu władzy i wykluczenia

W ostatnim wpisie zwróciliśmy uwagę na to, że program Project Runway jest silnie związany z dyskursem władzy. Od tamtej pory udało nam się obejrzeć sporo odcinków amerykańskiej edycji programu, zaznajomić z najgłośniejszymi skandalami, przebrnąć przez tony obelg w komentarzach, wymienić między sobą plotki i spostrzeżenia, a nawet przejrzeć nieskończenie nudne blogi modowe... Słowem: zbadaliśmy intertekstualność pierwszo-, drugo- i trzecio-rzędową, tak powiedziałby Fiske. My pozostaniemy przy skromnym: poszperaliśmy tu i tam. Obszar badań zarysował się sam, bo o ile 12 sezonów amerykańskiej edycji to wystarczający materiał analityczny, pozwalający wysunąć szereg wniosków, to raczkujący dopiero polski Project Runway generuje jedynie pytania na przyszłość. Dlatego  wsparliśmy go przykładami zaczerpniętymi z innych reality shows, które pojawiły się w polskiej telewizji, szczególnie, że problematyka okazała się wspólna dla wszystkich produkcji tego typu. Ostatnim razem wspomnieliśmy o teorii dyskursu zaproponowanej przez Faucaulta, ciągle stanowi ona dla nas punkt wyjścia do analizy, ale tym razem zamierzyliśmy ograniczyć teorię do zera i zakneblować aparat pojęciowy. To duże poświęcenie, bo czyż to nie brzmi kusząco: "Koncepcja panoptyzmu w telewizyjnych reality shows"? O tym być może innym razem (zagadnienie wraz z tytułem uważamy za zaklepane). Dziś: dyskurs władzy w formie stygmatyzacji rozmaitych mniejszości w Project Runway oraz innych reality shows. Po oficjalne informacje na temat Project Runway zapraszamy tu, my zajmiemy się tym, czego na pewno nie znajdziecie na wikipedii -  czyli najciekawszym. Zaczniemy od analizy wybranych (spośród wielu, które nasunęły nam się w czasie badań) problemów społecznych, które zarysowują się w amerykańskim Project Runway. Następnie sprawdzimy czy zagadnienia te pojawiają się również w polskiej edycji oraz innych polskich reality shows. Celem jest odkrycie jak reality shows konstruują dyskurs władzy.

Rasizm?

 

Kwestia rasizmu w świecie mody to temat dryfujący na powierzchni mediów od wielu lat. Odkąd świat high fashion zagościł w domach przeciętnego widza telewizji za sprawą Project Runway, dyskusja stała się powszechna, a co za tym idzie trywialna. W efekcie wielkie oburzenie wywołał np. fakt, że pewien czarnoskóry projektant został skrytykowany za strój, który uwydatniał biodra modelki. Jeden z jurorów skomentował, że nie istnieje kobieta, która chciałaby, aby jej biodra wyglądały na większe, niż są w rzeczywistości. Afroamerykanki, dumne ze swych obfitych bioder, poczuły się urażone... Gdy upłynęło kilka edycji i okazało się, że w czteroosobowym panelu jurorskim zasiadali do tej pory wyłącznie biali (łącznie z czwartym fotelem przeznaczonym dla gościa specjalnego, zmieniającego się co odcinek), a programu wciąż nie wygrał żaden czarnoskóry uczestnik (mimo wielu utalentowanych, którzy podjęli rywalizację), oskarżenia o rasizm i europocentryzm pojawiały się nie tylko na forach dyskusyjnych, ale i w mediach związanych z telewizją i modą. Czy tego typu pretensje można uznać za uzasadnione? Trudno powiedzieć, bo czy świat mody generalnie nie jest europocentryczny? Moda saidowskiej cywilizacji zachodniej  z wyższością spogląda na mody innych kultur, traktuje je jako egzotyczne ciekawostki, które co najwyżej inspirują ją i wzbogacają. Na gruncie Project Runway dowodzi tego przykład dwóch uczestników: Jeffrey Sebelia, biały Amerykanin, zwycięzca III sezonu, za inspirację do swojej finałowej kolekcji uznał japońskie demony i opowieści o duchach, co wzbudziło zachwyt jury i dało mu zwycięstwo. Z kolei Kooan Kosuke (Japończyk), biorący udział w X sezonie, który inspirację czerpał bezpośrednio z japońskiej ulicy, a swoich projektów nie filtrował przez zachodnie gusta, był krytykowany do tego stopnia, że po kilku odcinkach zrezygnował z programu. (To tak jak z kuchniami świata: wszyscy kochamy dania tajskie, tylko żeby nie było zbyt kwaśno, zbyt ostro, w ogóle niebyt intensywnie, a owoce morza najlepiej zastąpić kurczakiem. Kuchnia tajska jest świetna pod warunkiem, że jest europejska). Project Runway i świat mody w ogólności, kocha różnorodność, inspiruje się odległymi kulturami, pod warunkiem, że są one dostosowane do naszej - zachodniej estetyki. Jednak to już raczej problematyka postkolonialna i temat na osobny esej. Na poprawę nastroju dodajmy, że ostatnią, XII edycję show wygrała czarnoskóra Dom Streater (inspirująca się wzornictwem i kolorystyką mody afrykańskiej), złośliwi twierdzą, że to zasługa Obamy...

Tym razem bardziej interesuje nas stygmatyzacja związana z rasizmem, której najjaskrawszy przykład odnaleźliśmy w stereotypowej figurze tzw. black bitch (mówiąc brzydko po angielsku mamy wrażenie, że wcale nie mówimy brzydko, dlatego pozwolimy sobie używać tego terminu i broń boże nie tłumaczyć go na język polski). Najpopularniejszą black bitch w USA jest Omarosa Maingault, która wystąpiła w 2004r. w reality show The Apprentice. Jej kontrowersyjne poglądy, agresywne nastawienie, złośliwość i bezwzględna taktyka gry sprawiły, że ochrzczono ją mianem "woman America loved to hate", i "bad girl no 1" itd. Omarosa na swojej odrzucającej postawie zbiła majątek, wystąpiła w kolejnych 20 reality shows, wydała kilka książek autobiograficznych i wystąpiła w niemal wszystkich możliwych talk shows. (Tu zobaczycie jak Omarosa zachowuje się w stosunku do osoby, z którą NIE jest w konflikcie). Niewątpliwy sukces medialny Omarosy (jej obecność mocno podbijała słupki oglądalności) utrwalił wizerunek black bitch, który natychmiast stał się tak atrakcyjny, że aż nieodzowny dla produkcji typu reality show (pojawiły się także takie, bazujące wyłącznie na postaciach tego typu, to np.: Tipsy, lakier i łzy emitowany przez MTV, który polega na tym, że kilkanaście black bitches mieszka ze sobą w jednym domu i pobiera nauki dobrego wychowania, skromności i wszelakich innych cnót). Przypisywanie konkretnych ról uczestnikom  to podstawowy element reżyserii reality show, który niekoniecznie jest im uświadomiony. Ofiarą takiej praktyki stała się uczestniczka II sezonu Zulema Griffin, która po opuszczeniu programu ujawniła kulisy kreowania jej postaci na black bitch.
Przypadek Zulemy jest jednak bardziej interesujący pod kątem innej stereotypizacji, którą odnaleźliśmy w Project Runway.


Stygmatyzacja homoseksualistów?



Na pierwszy rzut oka taka problematyka może dziwić w przypadku Project Runway, show, w którym ok. połowa uczestników (oraz jury) była jawnie homoseksualna (pod tym względem Project Runway bije na głowę nawet So You Think You Can Dance...). Program ten umacnia stereotypowe przekonanie, że geje przynależą do świata mody. Ich historie są mocno eksponowanie i udramatyzowane, często z efektem komicznym. Przykładowo w XII sezonie jednym z uczestników był Justin LeBlanc - głuchoniemy gej, który w niemal wszystkich odcinkach podkreślał, że jego inspiracją są trudne przeżycia związane z jego orientacją i niepełnosprawnością. Niezależnie od zadania, co odcinek, gdy nadchodził moment prezentowania swojego projektu przed jurorami, Justin opowiadał o odrzuceniu, braku wiary w niego, podwójnym wykluczeniu, a sędziowie ze zrozumieniem kiwali głowami... Czy naprawdę projektując sukienkę inspirowaną motylami (wedle wytycznych zadania) przekazywał doświadczenie homofobii? Nie nam oceniać, jednak na przestrzeni kilkunastu sezonów w Project Runway pojawiło się kilkudziesięciu gejów, których postaci kreowane były bardzo podobnie: zniewieściały projektant, nadwrażliwy artysta, przesadnie skupiony na swojej orientacji.


Nowe światło na tę kwestię rzuca przypadek wspomnianej już Zulemy Griffin - zadeklarowanej lesbijki, od trzech lat związanej z partnerką, z którą wzięły ślub. Zulema ujawniła, że przed programem produkcja poprosiła ją szczegółowe spisanie historii swoich związków do 10 lat wstecz. Zapytano ją także czy chce być promowana na "gay market", odpowiedziała, że tak, jednak jakiś czas później w branżowym magazynie The Advocate, w którym promowany był program, pisano o sylwetkach wszystkich homoseksualistów z tej edycji poza Zulemą... Co gorsza okazało się, że w finalnie zmontowanych odcinkach jej orientacja została zupełnie utajniona! Wycięto wszystkie wypowiedzi, które mogłyby o tym świadczyć. W efekcie na którymś z kolei panelu jurorskim, jeden z uczestników - gej, opowiadając o sukience, do której stworzenia zainspirował go jakiś wzór na ścianie bloku w Nowym Jorku (zgodnie z linią zadania w tym odcinku), wtrącił także, że projektując myślał o swoim chłopaku i to go natchnęło. Na backstage'u Zulema z zadziwieniem komentuje: "co w tej historii robi jego chłopak? Skąd się tam wziął?". Widz sądzi, że to kolejny przejaw jej złośliwości, może nawet z homofobicznym zabarwieniem... Innym razem produkcja dopuściła się jeszcze bardziej rażącej manipulacji, pokazując w odcinku fragment, gdy Zulema krzyczy: "Wszyscy w tym programie to geje!". Widz, nie wiedząc, że ma na myśli również samą siebie, musiał odnieść wrażenie, że z niechęcią odnosi się do środowiska projektantów zdominowanego przez homoseksualistów. Zulema podejrzewa, że reżyseria przeznaczyła jej wizerunek black bitch, do którego nie pasowało jej poukładane życie w zgodzie ze swoją orientacją. Może jej historia nie miała potencjału dramaturgicznego? Czarna, nieukrywająca się, utalentowana lesbijka, która przede wszystkim nie wygląda jak lesbijka... Zulema sama zwraca uwagę na fakt, który mógł nie przypaść do gustu produkcji, otóż patrząc na nią, nie sposób znaleźć nic, co wskazuje na to, że jest lesbijką. Programy reality show utrwalają stereotypowe postaci homoseksualistów, jeśli ktoś nie pasuje do wzoru, może przekroczyć bezpieczne przyzwyczajenia widzów. Zniewieściały projektant-gej jest figurą oswojoną i przyswojoną przez widzów, nieco skarykaturowany, przewidywalny, traktowany z pewną dozą pobłażliwości, jest niczym maskotka telewizyjna.  Np. III sezon był  reklamowany zabawnym hasłem: "Przynajmniej dwóch projektantów będzie heteroseksualnych". Poza oczywistym faktem marginalizacji lesbijek w telewizji, stygmatyzacja dotyka także ich. Jedyną ujawnioną lesbijką w 12 sezonach Project Runway, pozostaje uczestniczka X sezonu - Alicia Hardesty prezentująca stereotypowy dla lesbijek styl tomboy, oraz promująca swoją własną markę Original Tomboy... Orientacja stanowi główny temat wypowiedzi Ailici, najważniejsze źródło jej inspiracji oraz podstawę identyfikacji wizualnej - a zatem niewyczerpany potencjał dramaturgiczny, a jednocześnie "znaną" bezpieczną stronę życia homoseksualistów.


Na tym skończymy naszą analizę amerykańskiego Project Runway, choć mogłaby się ona dłużyć w nieskończoność. Wnioski nasuwają się same, ale gdyby ktoś chciał przewinąć nudny blok tekstu, a jednocześnie wiedzieć, do czego udało nam się dojść, wytłuszczamy:

Amerykańskie reality shows reprezentują mniejszości, ale wykorzystują je funkcjonalnie. Utrwalają stereotypy, stygmatyzują i kategoryzują ludzi w znane, oswojone i atrakcyjne dla widzów postaci: zniewieściały gej-projektant, black bitch, męska lesbijka, egzotyczny i ekscentryczny Wschód itp.

Polskie reality shows a problemy społeczne

Czy polskie reality shows powielają te same stereotypy? Czy zatrzymują się w bezpiecznych strefach znanych typów osobowościowych? Gej-projektant jest postacią na tyle oswojoną i bezpieczną, że polska telewizja potrafi mówić o tym otwarcie?
Na potrzeby analizy stworzyliśmy krótką historię obecności środowisk LGBT w polskich reality show:
  • Byli najprawdopodobniej od samego początku (Big Brother), ale wówczas albo ukrywali swoją orientację, albo ich prywatność nie była wystarczająco ciekawa dla stacji telewizyjnych (tudzież była jak na owe czasy zbyt kontrowersyjna)
  • 1 jaskółka – Bar II edycja, Daniel Brząkała, pojawił się później niż pozostali uczestnicy, aby nieco odświeżyć program; niespodziewane, spontaniczne wyznanie w czasie dyskusji na temat związków i ślubów (zapytany, jakie ma zdanie na ten temat, powiedział, że jeśli ma się ożenić, to tylko w Holandii). Nadal cieszył się sympatią widzów, zajął 3 miejsce.
  • Kamil Bulonis, V edycja Baru, również pojawił pod koniec show, w charakterze „świeżej krwi”, od razu, bez skrępowania przyznał się do swojego homoseksualizmu, zresztą ucieleśniał wszystkie cechy stereotypowe i właśnie taką stereotypową rolę spełniał w scenariuszu programu – rolę geja-innego. Pojawiły się więc rozmowy o homoseksualizmie, uczestnik-mąciciel krytykował jego zniewieściałość, uczestnik-przystojniaczek odkrywał w sobie skrytą wrażliwość; Kamil długo miejsca w programie nie zagrzał, a po występie został relegowany z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie studiował pedagogikę.
  • Adrian Nadolski, Big Brother IV, po kilku tygodniach programu, prowadzący oznajmili widzom, iż o Adrianie pojawiły się niewybredne plotki jakoby był gejem – otóż, jego rzekomy partner, wspomniany wyżej Bulonis, ubolewał na swoim blogu, iż w show występuje jego chłopak, ale kryguje się, udaje kogoś innego, kłamie itp. Następnie o tych rewelacjach dowiedział się sam Adrian, a potem – wszyscy uczestnicy. Przez kilka dni trwał nieprzyjemny festiwal bólu i rozpaczy, sprawa została skomentowana przez wszystkich, sam bohater "skandalu" z płaczem (choć niezbyt wiarygodnie) zaprzeczał wszystkim doniesieniom. Trzeba jednoznacznie przyznać, że traumę Adriana było łatwo zrozumieć, a stacja Tv4 w potworny sposób wykorzystała jego prywatność. Po pewnym czasie chłopak przyznał się, że miał kiedyś homoseksualną przygodę, ale tylko JEDNĄ! Ostatecznie, dotrwał do finału i zajął 3 miejsce. W programie wzięła udział również lesbijka (cichutki coming out na fali sprawy Adrian-gate), ale nikogo specjalnie to nie obeszło (chyba kolejny dowód na to, że to nie jest kraj dla lesbijek, nawet młodych)
  • Kuchenne rewolucje, Broniszówka – rewolucja zakończona klapą, więc wzbudziła więcej dyskusji i kontrowersji. Gessler m.in. kazała właścicielom zatrudnić profesjonalnego szefa kuchni, aby okiełznać skrajnie niesubordynowany personel. Komendy nowego kierownika nie przypadły załodze do gustu, w końcu jeden z pracowników został przez niego zwolniony. Na odchodne, wyrzucony stwierdził, że nie zamierzał „słuchać rozkazów faceta, który sypia z chłopcami”. Część widzów uznała, iż pokazanie tego fragmentu było zupełnie niepotrzebne, Gessler zarzucano nawet... homofobię. Prowadząca oświadczyła, iż sam zainteresowany podpisał zgodę na wykorzystanie swojego wizerunku w programie, a ona sama nic nie ma do gejów, ba nawet zna Almodovara...
  • Fabryka gwiazd, Marcin Szymański – okazało się, że występował w gejowskich filmach pornograficznych, co skrzętnie wyszperały tabloidy, nadając mu niechlubny przydomek „pornofryzjer”. Wybuchła wrzawa, pojawiły się doniesienia, iż Szymański zajmował się również werbunkiem innych chłopaków do porno-występów, których potem szantażowano, nie wypłacano pełnych gaż. Chłopak przyznał się do swojej przeszłości, przepraszał, z płaczem oznajmił, że wszystkie doniesienia są prawdziwe. Nie zrobił kariery wokalnej, za to krążą plotki, że się ożenił. Z kobietą.
  • II edycja Mam Talent - Madox, jawnie homoseksualny, skrajnie zniewieściały: odbiór ambiwalentny, choć raczej negatywny. Z jednej strony pogardzany, nazywany Magdą Mołek (którą łudząco przypomina), z drugiej doceniany za talent; pojawiły się głosy, że nie ma miejsca na przebierańców w polskiej telewizji (taka sama dyskusja rozgorzała po uczestnictwie Michała Szpaka w X Factor, który jednak nie definiuje się jako homoseksualista)
  • Filip Wala, uczestnik II edycji tanecznego show TVN You Can Dance, wyznał w programie, że jest gejem. Nie wywołało to większego poruszenia, środowisko tancerzy kojarzy się z homoseksualistami (podobnie do środowiska modowego). Tego typu spekulacje pojawiły się w przypadku wielu tancerzy You Can Dance oraz Tańca z gwiazdami, jednak Filip pozostaje jedynym, który się do tego przyznał

Osoby transpłciowe (media zainteresowane bardziej ich bolesną przeszłością i metamorfozą, niż samymi dziewczynami, ich planami, pasjami, etc.; (prawdopodobny) brak kobiet, które stały się mężczyznami, co właściwie jest kolejnym przykładem marginalizacji płci pięknej,:
  • Michalina Manios z Top Model – w każdym odcinku poruszany był temat jej ciężkiego życia, przemiany, odrzucenia przez rówieśników itd. Dojście do finału, dzięki swojej oryginalności.
  • uczestniczka programu Gladiatorzy, która narzekała, iż kiedy stacja dowiedziała się o jej przeszłości, wszystkie inne tematy przestały mieć znaczenie, zawiódł ją również seksizm programu, w którym faceci bez ceregieli wybierali dziewczyny, z którymi chcą spędzać czas (swoją drogą, czego się spodziewała). Marzyła o przygodzie, zabawie, ale przeżyła zawód. Miała co prawda szansę wystąpić w trzeciej edycji Big Brothera, ale obowiązywał ją jeszcze kontrakt z Polsatem.


Jurorzy:
  • Eksploatowanie i utrwalanie stereotypu geja jako innego, geja jako zniewieściałego rajskiego ptaka (jeśli nie ptaszyska), geja jako mizogina, przy jednoczesnym braku oficjalnych, wyoutowanych lesbijek; pomimo wszechobecnej nietolerancji, homoseksualiści doświadczają społecznego awansu, zajmując uprzywilejowane stanowiska jurorów, ale ich wizerunek nie odbiega (nie może odbiegać?) od powszechnych wyobrażeń. Sprawując władzę nad uczestnikami, którzy, chcąc nie chcąc, muszą im okazywać respekt, często posuwają się do miażdżącej krytyki i kąśliwych uwag.
  • Michał Piróg, słynny ostatnio w związku z promowaniem swojej autobiografii, chyba jeden z najlepiej ocenianych jurorów w ogóle (ranking bodajże "Wprost"), do show biznesu trafił dzięki You Can Dance, szybko zdobył się na coming out, bo drażniły go "sensacyjne" doniesienia gazet na temat jego domniemanej relacji z Edytą Herbuś, prawdopodobnie najbardziej lubiany homoseksualny celebryta, który wyszedł z szafy, a mimo to wciąż "obcy" - przez nietypowy ubiór, kolczyki, tatuaże, odważne przyznawanie się do żydowskich korzeni
  • Tomasz Jacyków, wracający właśnie z medialnej banicji po niesławnych, choć przynajmniej szczerych wyznaniach, ostry w swoich wypowiedziach („pedałów tylko rucham”), co najmniej dwukrotnie był jurorem, w trzeciej, straszliwej edycji Gwiazdy tańczą na lodzie, gdzie sam przyznał, iż na tańcu specjalnie się nie zna, więc skupi się na ocenianiu garderoby; i w Hot or Not produkcji VIVY - oto jeden obrazek z show (klik)
  • Marcin Tyszka, Dawid Woliński, jurorzy Top Model - nigdy oficjalnie nie przyznali się do homoseksualizmu, choć nie dementują plotek. Ostre, niekiedy krzywdzące komentarze na temat uczestniczek zaowocowały skargą do KRiTu; pojawiły się liczne oskarżenia o deptanie godności "top modelek", berlusconizację telewizji. Płaszczem ochronnym kontrowersyjnego duetu był z pewnością profesjonalizm i niepodważalny sukces w świecie mody, ale tylko do czasu dna dna, jakim okazał się ich autorski program Woli i Tysio i niesławny cytat Wolińskiego: "Hipopotam mnie osrał". W morzu nieprzychylnych komentarzy często pojawiały się głosy, iż panowie nie tylko utrwalili, ale nawet spotęgowali siłę stereotypów, uderzających w środowiska homoseksualne.

Lesbijki:
  • III edycja Mam Talent - w finale wystąpiła Patrycja Malinowska. W trakcie trwania programu widzowie przypomnieli sobie wizytę Patrycji w Rozmowach w Toku sprzed kilku lat, gdzie pojawiła się ze swoja partnerką opowiadając o swoim związku. Patrycja otwarcie mówiła o swojej orientacji w mediach, została przyjęta dość ciepło.
  • W II edycji Top Chef, kulinarnego show Polsatu nadawanego obecnie, wystąpiła Magdalena Perszke, która już w pierwszym odcinku oświadczyła, że występuje w programie głównie dla swojej dziewczyny. Jej orientacja nie była w programie komentowana, ujawniały ją jedynie wypowiedzi Magdy na temat swojego życia prywatnego, na tej samej zasadzie jak wypowiedzi innych ludzi. Wszystko odbyło się naturalnie i bez większego echa w mediach.
  • Skrajna marginalizacja lesbijek oraz stereotypizacja (obie wizualnie są bliskie powszechnemu wyobrażeniu na temat homoseksualnych kobiet).

Project Runway
Szlaki dla Project Runway przecierała seria Projektanci na start, wyprodukowana przez stację FoxLife. Na pierwszy rzut oka, podobnie jak w USA, zdają się dominować homoseksualiści. Jednak różnica polega na tym, że nikt o tym otwarcie nie mówi. Podczas programu padło wiele aluzji, żartów i wypowiedzi, które nie pozostawiają złudzeń, jednak widać, że FoxLife nie zdecydowało się na bezpośrednie poruszanie tego tematu. Nie ma zatem inspiracji orientacją, trudnym dzieciństwem itp. Mimo, że wątek relacji między uczestnikami, ich życia prywatnego jest szeroko poruszany, kwestia homoseksualizmu wisi w przestrzeni "wszyscy wiemy, ale nie powiemy". Komentarze widzów są neutralne i w tonie: "projektanci? Wiadomo - sami geje".
 
TVN, ze swoim Project Runway, poszedł tą samą ścieżką. Jeden z uczestników o bardzo kobiecej fizjonomii, bywa mylony z kobietą (początkowo nawet przez innych uczestników!), ale jak sam twierdzi: nie ma w tym nic złego. Na temat jego orientacji nic nie zostało powiedziane, jury i inni uczestnicy wyrażają się o nim sympatią, uchodzi za kolorowego ptaka i niebanalną osobowość. Piotr nie wychodzi poza ramy oczekiwań przeciętnego polskiego widza: przynależy do sfery queer, ale nic na ten temat nie mówi. Jednak komentarze na jego tematy bywają negatywne, ale sądzimy, że należy to zrzucić na karb nastrojów społecznych związanych ze sporem o gender. Wszyscy przeciwnicy rzekomej ideologii atakują jednostki, które w jakiś tajemniczy, sobie tylko znany sposób, z nią łączą. Wydaje się jednak, że kilka miesięcy wcześniej lub później, recepcja Piotra byłaby jednoznacznie pozytywna, a co najmniej neutralna.

Porównanie z edycją amerykańską nasuwa jeden podstawowy wniosek: polska telewizja nie jest gotowa na to, by orientacja seksualna uczestników była artykułowana wprost. Nie mówiąc już o tym by opowiadali o trudnych doświadczeniach w konserwatywnym społeczeństwie, inspirowali się nimi w projektowaniu, czy dedykowali swoje dzieła partnerom. Istnieją, nie udają heteroseksualistów, ale nie drażnią polskiego widza opowieściami na swój temat. To bardzo bezpieczna strefa, czas pokaże czy kolejne edycje coś zmienią. Póki co, brak danych by wyciągnąć szersze wnioski.

Natomiast wątkiem mocno zarysowującym się w polskiej telewizji jest ageizm. W Project Runway pojawiła się uczestniczka Artletta, licząca sobie (na oko) więcej niż 50 lat. W czasie trwania programu mocno dopingowano ją o odnalezienie w sobie młodego ducha, podkreślano jej wyobcowanie wśród znacznie młodszych uczestników. Skonfrontowana była z inną dojrzałą uczestniczką ­- Dorotą, która uosabiała "szaloną czterdziestkę", energią przewyższała młodszych od siebie, a jej projekty kojarzyły się z modą dla nastolatków. Jurorzy wprawdzie doceniali umiejętności krawieckie Arletty, związane z jej doświadczeniem, ale sugerowano, że jej wartość znajduje się tam, gdzie przekracza ograniczenia swojego wieku i przyjmuje młodzieńcze atrybuty. Takie wartościowanie przenika większość programów reality show w Polsce. Przypadkiem najbardziej rażącego ageizmu jest X Factor, w którym uczestnicy podzieleni są na kategorie: zespoły, chłopcy, dziewczęta oraz "starsi" (czyli osoby 25+). Ci starsi (mimo, że często dzieli ich rok różnicy od tych młodszych) przypisane mają zazwyczaj takie atrybuty jak: srogie doświadczenie przez los, dojrzałość, stabilne acz nudne życie, stagnacja, łapanie "ostatniej szansy" w życiu na realizowanie swoich pasji. Często pełnią rolę ciekawostki, co szczególnie dotyczy kobiet (typ: stateczna gospodyni domowa, która poddała się szaleństwu i wystąpiła w telewizji). Wprawdzie Gienek Loska wygrał jedną z edycji, ale to wiąże się raczej z elementem kontrkulturowym w telewizji, co nie jest tematem tej analizy. Paradoksalnie ageizm w telewizji dotyka także dwudziestoparolatków! Produkcja Top Model nie określa widełek wiekowych dla uczestników, jednak dziewczyny ok. 25 lat były boleśnie sprowadzane na ziemię i odrzucane na wizji, ku uciesze widzów. Wprawdzie parę 25-latek doszło do etapu w domu modelek, ale zawdzięczały to "trudnym sprawom" i odpadły dość szybko, od początku też było jasne, że nie mają szans na wygraną.

Reality shows gloryfikują młodość i witalizm. Starość jest pożądana o tyle, o ile potrafi przybrać atuty młodości, przełamać swoje ograniczenia. 

Jeśli chodzi o problem rasizmu w Project Runway to na razie brak nam danych, ponieważ w programie nie ma żadnych obcokrajowców. W przypadku innych reality show - co najwyżej można mówić o lekkim nacjonalizmie, pojawia się bowiem dużo głosów, że polskie programy mają być przeznaczone wyłącznie dla polskich uczestników. Takie komentarze mnożyły się w Internecie z okazji wygranej Tetiany Galistyny w ostatniej edycji Mam Talent. Widzowie zauważają także, że  w talent shows dla wokalistów obcokrajowcy mają łatwiej, ponieważ stanowią ciekawostkę i urozmaicenie dla produkcji. Faktem jest, że niemal w każdej edycji X factor, Must be the Music czy The Voice of Poland roi się od obcokrajowców, którzy niejednokrotnie dochodzą do finałów. W związku z tym pojawia się sporo postulatów o skrajną nacjonalizację tych programów.

Ciekawostką jest szczególny typ człowieka zza granicy, najczęściej czarnoskórego, który regularnie pojawia się w polskich reality show, którego określilibyśmy: "Kali" (idąc za popularnym polskim powiedzonkiem "Kali jeść, Kali pić"). Stanowi on egzotyczną ciekawostkę i element humorystyczny (należy on do tego pasma programu, w którym pokazywane są zabawne występy dziwaków, czy ekscentryków), oto przykład z programu Must Be The Music:


Wnioski dla leniwych: polskie reality shows umacniają stereotypy, unikają trudnych acz istotnych tematów, poruszają się w bezpiecznej sferze tego, co widz zna, lubi i akceptuje. Schlebiają powszechnym gustom, stygmatyzują gejów, skrajnie marginalizują lesbijki, ośmieszają i alienują obcokrajowców, hołdują  młodości, przez co utrwalają w społeczeństwie ageizm. Reality shows ukazują inności, odmienności, mniejszości, ale wkładają je w wygodne dla siebie ramy, naznaczają je konkretnymi zachowaniami i cechami, dzięki czemu mają nad nimi pełną kontrolę. Jednostki są ujarzmione poprzez procesy reżyserii, montażu, produkcji - podlegają dyskursowi władzy.


wtorek, 1 kwietnia 2014

Historia genologii w dobie telewizji

Najkrótsza historia genologii

Ekspozycja: jak zawsze zaczęło się od Arystotelesa (a może wcześniej?), który uznał genologię za tak ważną, że na niej powinny skupiać się badania nad tekstami (poetyka).

Rozwój akcji: XIX w. – rozkwit genologii.

Punkt kulminacyjny: pierwsza połowa XX w. – kryzys genologii jako następstwo rozwoju synkretyzmu, form granicznych (esej, epistolografia itd.), wchłanianiu form nieliterackich przez literaturę.

Rozwiązanie akcji: od 90' do tu i teraz
odrodzenie się genologii, powstanie „nowej genologii”.

Dénouement: kultura multimedialna zaatakowała wszystkie rodzaje literackie, co zaowocowało nowymi gatunkami w obrębie literatury (np. reality drama gatunek dramatyczny, powstały pod wpływem telewizyjnych seriali, odznaczający się potocznością, konwencją codzienności itp.) oraz na pograniczu literatury (gatunki polimedialne) lub nowymi środkami literackimi (technika kolażu). Nowe formy nauki takie jak medioznawstwo czy nurty związane z mediami elektronicznymi, powracają do genologii w formie refleksji nad tym, jak gatunków się używa, nie zaś – jak się je definiuje (brak wyrazistych granic i wyznaczników).

Genologia filmu. Historia w jednym akcie

Charles Altman analizował kino gatunków wywodząc je z potrzeb społeczeństwa amerykańskiego, na którego gruncie kino to rozwinęło się i osiągnęło swą kanoniczną formę. Altman wiązał gatunki z potrzebą rozrywki, etyką pracy, a przede wszystkim z rytuałem. Twierdził że kino gatunków pełniło funkcję rytuału dla Amerykanów aż do czasu, gdy funkcję tę przejęła telewizja i seriale.


Jason Mittel i nowa genologia

Jak dowodzą powyższe historie, wszystkie tropy prowadzą do telewizji. W związku z tym nie miałam wyjścia, musiałam przeczytać "A Cultural Approach to Television Genre Theory" Jasona Mittela. Nie było łatwo, choć nowa genologia nie jest aż tak nowa, jak twierdzi Mittel (nie można importować teorii gatunków z literatury czy filmu do telewizji – pisze), bo można przecież importować inne teorie. Np. dyskurs wg Foucault, ale o tym później.

Wszystkie dotychczasowe teorie gatunków proponują podejście tekstualistyczne, czyli traktują gatunek jako wewnętrzną właściwość tekstu. Mittel podkreśla, że gatunek może być co najwyżej kategorią tekstu, ale nie jego częścią, ponieważ funkcjonuje poza nim, a przede wszystkim nie może istnieć w jednym tekście. Gatunki ukazują się tylko w intertekstualnych relacjach między wieloma tekstami. Istotnie, smutno zwieszony w kąciku ust  Humphreya Bogarta papieros nie byłby charakterystyczny dla filmów noir, gdyby nie kilkadziesiąt tego typu obrazków w innych filmach. Oczywiście papieros z Sokoła Maltańskiego nie nawiązuje intertekstualnej relacji z papierosem w Casablance samodzielnie, lecz czynią to odbiorcy oraz producenci filmu. Mittel, wspomożony moim subtelnym przykładem, dowodzi, że gatunek żyje poza tekstami, jest rezultatem praktyk kulturowych: produkcji, recepcji.
Zamiast przestarzałego tekstualistycznego podejścia, Mittel proponuje ujęcie dyskursywne. Nie tylko dlatego, że w poszukiwaniach aparatu pojęciowego najłatwiej sięgnąć do poststrukturalistów, o nie. Nic dziwnego, że dyskurs, skoro jest to organizacja języka formowana przez kulturę, a nie przez jednostkowy tekst. I nic dziwnego, że Foucault, kiedy telewizja to medium bodaj najmocniej sprzężone z systemami władzy. Dyskursywne badanie gatunku wymaga równego traktowania tekstu i kontekstu, czyli dana realizacja gatunku (np. teleturniej Familiada) nie jest ważniejsza dla analizy, niż jej odbiorcy, reklamy w trakcie czy komentarze w Internecie (np. memy na temat prowadzącego Karola Strasburgera, parodie internetowe). Mittel proponuje nawet odejście od interpretacji w badaniach nad gatunkiem, twierdzi, że nie jest istotne, co tekst znaczy sam w sobie, ale tylko to, co znaczy w relacji ze społeczeństwem, władzą itp. Gatunek jest kategorią kulturową, dlatego jest nośny ideologicznie. Doskonałym przykładem są dzieła w obrębie science fiction, którego konwencje są aktualizowane przez twórców i odbiorców tak często i łatwo, jak w żadne inne. Np. Wojna światów, klasyczna powieść H.G. Wellesa o inwazji marsjańskiej, wydana w 1898r., z akcją osadzoną w epoce wiktoriańskiej, interpretowana była jako krytyka kolonializmu i imperializmu. Powstała pięćdziesiąt lat później (1953r.) ekranizacja przenosiła akcję w czasy sobie współczesne, a ci sami Marsjanie uosabiali radziecką ekspansję. Sto lat od pierwowzoru (2005r.), w interpretacji Stevena Spielberga, atak Marsjan symbolizował zagrożenie terroryzmem. 

Project Runway

Ale wróćmy do telewizji, skoro gatunki filmowe rządzą się innymi prawami... Jednym z najpopularniejszych gatunków telewizyjnych jest obecnie talent show z elementami reality show. Tego typu programem jest Project Runway, którego debiutującą polską wersję możemy aktualnie śledzić w TVN. Program liczący sobie 12 edycji w USA i wiele innych na całym świecie, wykorzystuje w sposób perfekcyjny szereg konwencji gatunku talent show. Jak nakazuje Mittel, skupmy się na detalu, aby wywieść od niego szersze konotacje społeczne. Dobór uczestników w talent show jest mocno skonwencjonalizowany, polski Project Runway nie jest wyjątkiem, mamy tu zatem: kolorowego odmieńca (najlepiej o niezbyt oklepanej seksualności), wredną dziewczynę wywołującą konflikty, przystojnego i tajemniczego mężczyznę, nieśmiałą osóbkę ze wsi mającą przejść metamorfozę aby dowieść swej wartości, pewną siebie biznes woman, kompetentnego, aroganckiego typa o seksistowskich poglądach, tajemniczego czarnego konia konkursu, starszą osobę, która odkryje w sobie młodego ducha i szereg nudnych postaci, które i tak odpadną w pierwszych odcinkach. Szerzej na temat można przeczytać na blogu uznanego dziennikarza modowego, który szczegółowo opisuje i ocenia każdy odcinek programu. Wszystkie te typy osobowe są eksploatowane w innych talent show np. X Factor czy Top Model. Specyficzny casting jest niewątpliwie cechą tego gatunku, jednak niezauważalną na podstawie analizy jednego tekstu, ale w spektrum wielu innych talent show na świecie. Zapewnia zainteresowanie różnych grup odbiorców (nastolatki muszą mieć się w kim zakochać, starsze osoby z kim identyfikować, a znawcy mody mieć się czym zainteresować). Dobór jury to z kolei negocjacja między formułą programu a warunkami społecznymi, której dokonał TVN. Joanna Przetakiewicz ma tę niewątpliwą zaletę, że poza posiadaniem dość znanej komercyjnej marki ubrań, jest (była?!) partnerką Jana Kulczyka, jednego z najbogatszych Polaków. Jako że Polacy nie lubią oglądać miliarderów w telewizji, lub w ogóle nigdzie (przykład Grycanek lub Dominiki Kulczyk prowadzącej program o zabarwieniu charytatywnym, który jak niesie wieść ma oglądalność niższą niż powtórki Czterech Pancernych), Przetakiewicz prowokuje pytania: czy zasługuje na miejscu w jury jako kreatorka mody, czy osiągnęła to dzięki pieniądzom męża? Jest to dyskusja pożądana dla recepcji programu, w przeciwieństwie do dyskusji, której TVN tym razem postanowił uniknąć. Mowa o fotelu jurorskim, w którym zasiada Mariusz Przybylski, (projektant wystarczająco męski i „neutralny seksualnie”) a w którym przed emisją Top Model i jego negatywną recepcją, najpewniej zasiadłby bardziej kolorowy paw (na wzór edycji w innych państwach) w rodzaju Dawida Wolińskiego. Prowadzącą i główną postacią show jest królowa polskich osiedli – Anja Rubik (klik konieczny), która wzbudza zainteresowanie programem w środowiskach blokowiskowych i wiejskich. To ledwie mały wycinek przykładów, które dowodzą, że gatunek talent show wchodzi na rozmaite sposoby w relacje z dyskursem społecznym (Anja Rubik, homoseksualni projektanci) i dyskursem władzy (Przetakiewicz-Kulczyk). Ciąg dalszy może nastąpić. Choć niekoniecznie.

Charisa Sosa